środa, 27 czerwca 2012

Zachciało się Bałkanów...

 
    Po tej ostatniej feście zachciało się Bałkanów, ich widoków i smaków...
Targowiska z lokalnymi specjałami i świeżej ryby rano prosto z łodzi, choć durszlakiem też by dało radę coś wyłowić :)...
Małży w śmietanowo-winnym sosie...
Oliwy tłoczonej niemal na każdym podwórku i najlepszych domowych orzechowych olejków do opalania...
Figi zerwanej z krzaka w czasie spaceru piniową aleją...
I granatów z uginających się gałęzi na wyciągnięcie dłoni niczym nasze jabłka w sadach...
Miejscowej rakiji, travaricy i wszelkich alkoholi, z wkładkami lub bez, mniej i bardziej efektownych, niezwykle aromatycznych, na prezenty i wieczorne biesiadowanie...
Serów, warzyw i owoców dojrzewających w pełnym słońcu... tam pierwszy raz doświadczyliśmy, że winogrona mogą być za słodkie :)...

    I choć w tym roku nie dane nam będzie tam trafić ponownie, to wystarczy, że zamknę oczy (nawet bez kieliszka rakiji ;) i znowu przemierzam kamienne ulice, czuję lekko słodko-mdły zapach pinii w rannej bryzie i pieszczotę mocnego południowego słońca na policzku...

    Bo wakacje to piękne miejsca, ale to przede wszystkim stan ducha :)



niedziela, 24 czerwca 2012

Pečenica , pita i bałkańska dusza

    Po piątkowej klasyce, sobota zabrzmiała bałkańskimi rytmami. 
Od rana piekła się pečenica, pita (nie mylić z paskudnymi budkowymi knyszami) w wersjach na słodko i słono i zespoły okoliczne i te bałkańskie. Wszystko to za sprawą XII już Festiwalu Kultury Południowosłowiańskiej. Dlaczego u nas? Dlatego że sporo mieszkańców miasta i okolic to repatrianci z tamtych stron. Moje wspomnienie o sąsiedzie Chorwacie do wyjątków nie należy. 
Impreza nie jest wielkich rozmiarów, ale nadaje smaku i budzi tęsknotę za wakacjami :). Mnie spodobała się wystawa fotografii, można było także otrzymać prospekty o Chorwacji, płyty z informacjami oraz zakupić charakterystyczną biżuterię.  




Zdjęć nie mam za wielu, bo buszowałam głównie bez aparatu, ale było na co popatrzeć, zwłaszcza jak zespoły uczyły tańca korodowego, niezwykłe babuszki w wielkich czepcach skakały ze zdwojona siłą... :)
Przy dźwiękach skocznej muzyki rynek długo nie zasnął. Gwiazdą Festiwalu był zespół Tsigunz Fanfara Avantura, siedmioosobowa orkiestra dęta, wykonująca autorskie, nowoczesne aranżacje tradycyjnych melodii Bałkanów, Turcji, Bliskiego Wschodu i Indii. Niesamowici, energetyczni, zapowiedzieli, że żadna szyba się nie ostanie w bliskim promieniu. 
A gdy wróciłam na nocną herbatę do domu, zastałam stłuczoną szybę w szafce.... prorok jaki czy co?

Przepis na pitę:
ciasto podobne jak na pierogi z dodatkiem ciepłej wody i oleju (robię na oko, więc nie dam ilości)
nadzienie : jabłka, dynia, biały ser
musi być cieniuteńkie, rozciąga się je w rękach,a potem wałkuje na cieniuteńki placek, który należy posmarować olejem. Ciasto, które zostaje należy przykryć miseczką, żeby nie wyschło.
Jabłko i dynię trze się na tarce o grubych oczkach, ser kruszy. Oczywiście nadzienie może być dowolne, same jabłka,dynia, warzywa, warzywa z mięsem. Ja lubię taką na słodko :).
Na rozwałkowane cieniuteńko ciasto daje się sporą warstwę jabłek, dyni i sera, posypuje cukrem i zawija jak strudel. Piecze w piekarniku przynajmniej godzinę w temp. ok. 180C, a gdy się zarumieni polewa śmietaną  i zapieka jeszcze z 5-10 min. Najlepsza na ciepło ;)

sobota, 23 czerwca 2012

Córeczka Tatusia

    Zapach farby i tempery wsiąkł we mnie od maleńkości i pewnie dlatego tak kocham kolory w każdym aspekcie: naturze, obrazach, mieszkaniach... i nie do końca dam się zwieść stylowi skandynawskiemu :).
Pokazał mi niemal wszystkie zamki i pałace Dolnego Śląska (i nie tylko), wpoił miłość do gór i szacunek do przyrody, nauczył nazw roślin i zwierząt, żebym mogła jak Mały Książę oswoić świat.
Wspólne odwiedzanie antykwariatów i wystawy gemmologiczne, muzea i jubilerzy :).
I dzięki Niemu lubię tylko niepozowane zdjęcia ;)
Pierwszy nauczyciel historii sztuki i wrażliwości na świat.
Do dziś lubię patrzeć jak pokrywa płatkami złota kolejną lipową deskę, pisze kolejną ikonę ( tak, tak, ikony się pisze, a nie maluje i to też wiem od Niego ;) i wyjaśnia symbolikę (że koła z sześcioma skrzydłami to najważniejsze w hierarchii anioły, najbliższe tronu Najwyższego serafiny, a nie cherubinki z pucołowatą buzią i blond loczkami ;)
I choć późno odkryłam, że w sztukę mogę wejść swoją ścieżką, węższą, bardziej krętą, mniej oczywistą, to weszłam i zaczynam się rozglądać na nowo :)
Mam nadzieję, że każdy miał dzieciństwo, do którego lubi wracać wspomnieniem i że moje dzieci też tak swoje będą wspominać ;)
Dziękuję Ci Tato ;), dzięki Tobie mogę być wciąż tą dziewczynką :)

 (fotografia autorstwa Taty ;)

środa, 20 czerwca 2012

Kalafior to jednak kwiat

  
    Moje pokolenie zaczytywało się w książkach Musierowicz i dzięki nim dowiedziałam się, że kalafior to kwiat. 
Ze szparagami inaczej :), choć takie piękno pod ziemią aż szkoda chować. Jadąc po ziemi lubuskiej można przebierać: białe czy zielone, młode lub starsze, aż się nie chce wierzyć, że dopiero po czterech latach oczekiwania przynoszą plon. Wybrałam białe. Chciałam wydobyć ich kruchość gotując z lekką domieszką cukru, kroplą mleka i kieliszkiem wina gotowym wznieść za niego toast.
Ale... nadmiar kuchennych aspiracji wysadził korki i przepalił bezpieczniki (a była niedziela), w związku z czym kruchość ulotniła się jak opar i pozostało łykowate kłącze, za to jakie urokliwe :).




No cóż, żadna ze mnie Nigella, a mój blog nigdy kulinarnym nie był :)
A dziś nie miałabym już chyba wątpliwości, że kalafior to kwiat ( widziałam fioletowego:), aż żal takiego jeść :)

I chyba zostaniemy tradycyjnie przy pierogach :)

wtorek, 19 czerwca 2012

Rozśpiewana stolarnia

 
     Mam swój złoty trójkąt rzemieślniczy, to teren między starą stolarnią, szklarzem i szewcem, który do tej pory używa do szycia przepięknej czarnej maszyny Singera :). Niedawno stara stolarnia z czerwonej cegły rozkwitła, a to za sprawą koncertu, pierwszego z cyklu "koncerty w podwórkach", jakie w ramach ukulturalnienia zafundowało nam miasto :). Dźwięk dobrze odbijały średniowieczne mury :). I cienie zachodzącego słońca spowodowały, że smyczków było więcej niż obiecany kwartet :).



    Ubiegłego lata też miałam takie bezpłatne koncerty. Tuż po przeprowadzce. Nie w wykonaniu filharmonii, ja te. Bardzo kameralne i generalnie nie przeznaczone dla niczyich uszu. Nawet moich. Siadałam na ławce obok przepięknej kamienicy i codziennie wieczorną porą w mieszkaniu z secesyjnym żyrandolem i meblami z poprzedniej epoki przez otwarte okno rozbrzmiewał skrzypcowy koncert.
Koncert jednego smyczka, który potrafił wydobyć rzewne nuty.
Muzyka, która zmywała cały kurz dnia i przenosiła w inny wymiar wrażeń.
Bez teatralnego nagłośnienia, stłumiona koronkową firanką, która powiewała w nutowy takt.
Wystarczyło rozsiąść się na ławce niczym w atłasowym fotelu i przymknąć oczy...
Filharmonia jednego skrzypka i widownia jednego melomana...


    Mam nadzieję, że wkrótce znowu będę mogła ją usłyszeć: dyskretną muzykę dyskretnego skrzypka.
I zastygnąć na chwilę między Wiosną Vivaldiego a  Walcem Straussa :).

sobota, 16 czerwca 2012

Sezon ogórkowy czyli Polska biało-czerwona...

    
    Nastał sezon ogórkowy, a że takiej odpowiedniej kamionki u mnie brak, poszłam po jeden, najmniejszy spośród możliwych do nabycia. Brązowy, mocny, z rodu tych, w których ogórki po prostu muszą się udać czyli tzw. skazane na sukces :). Nie żebym ogórków nie lubiła, mogę całymi tonami, ale zatachanie tego na poddasze wymaga trochę wysiłku. Więc lepiej częściej małymi partiami. Tym bardziej, że ceramiczne kiermasze u nas co rusz, czasem można duuużo taniej kupić (przywilej mieszkania w Mieście Ceramiki ;). 
Ale tego, co tam zobaczyłam, to się nie spodziewałam ( choć chyba powinnam, skoro cała Polska teraz biało-czerwona ;).
Nasza ceramika porzuciła chwilowo kobalt na rzecz...




na dodatek mój piękny hibiskus (jedyny kwiat, który odwzajemnił moją miłość do roślin ;) zrobił mi psikusa i też zakwitł w barwach patriotycznych :) 


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Kuzyni bobu...

    Obfite czerwcowe deszcze dopoiły suche łąki i kuzynowie bobu rozgościli się na nich na dobre. Skąpani kroplami po ciepłej kąpieli nie otrząsali się z nich i było im w tym bardzo do twarzy :). Polny łubin jeszcze nigdy nie rozplenił się niczym perz w takiej ilości, wzbogacając pola o kolejny intensywny kolor. I jeszcze nigdy nie miał u mnie tak wysokich not :). Mogłam bezkarnie ściąć kwiatostany i nawet całe ich naręcza nie pozostawiły uszczerbku na reszcie, która odetchnęła, po czym zachłysnęła się miejscem i rozłożyła bardziej, szybko korzystając z dodatkowego pola do popisu.

Nie mogąc przejść obojętnie, zaciągnęłam kilku z nich na stopa do czerwonej biedronki, której po naprawie wszystkie wahacze działają prawidłowo i silnik odpala bez magicznej iskry styku dwóch kabelków:).


Usiedli bez sprzeciwu na przednim siedzeniu, lekko ściśnięci obok brązowej torebki .
I bez szemrania dotarli do nowego mokradła :).