sobota, 27 października 2012

Z lawendową nutą...


    Czas lata już dawno dobiegł końca, jego smaki dopieszczone słońcem zdobią spiżarnie. A zapachy? Aromat lawendy pakowany do szafy w bawełnianych woreczkach z koronkową lamówką, wieńce zdobiące kuchnie i sypialnie, splecione szydełkowym łańcuszkiem drobnych oczek, dzierganych wieczorem na ganku, nagrzanym palącym słońcem. Przetykane złotymi kuleczkami lnu i makówkami czarnuszki...
Na jesienną słotę i zimowy czas. Pachnące polami, sianokosami, życiem...
Mała Prowansja grzejąca serce i ciesząca oko ;)


 

A dla ciała? Maślane ciasteczka z lawendową nutą ;), zwłaszcza teraz, gdy śnieżyca za oknem ...
Przepis:
250 g mąki
100 g cukru
125 g mocno schłodzonego masła
1 jajko
1 łyżeczka esencji waniliowej ( lub cukier waniliowy )
2 łyżki suszonych kwiatów lawendy

Mąkę, cukier i posiekane masło wyrobić ręką tylko do połączenia składników, dodać jajko, suszoną lawendę i wanilię, ugnieść, uformować kulkę i zawinięte w folię włożyć na godzinę do lodówki ( w wersji ekspresowej na pół godziny do zamrażarnika ;). Po wyjęciu rozwałkować na posypanej cieniutką warstwą mąki stolnicy na grubość ok. 3 mm i wycinać dowolne kształty. Ułożyć na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i piec około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 C, aż lekko zbrązowieją :)


P.S. Piękny lawendowy wianek pochodzi od Ady, której rodzina od pokoleń uprawia lawendowe łany (dziękuję pięknie za ten niespodziewany i pachnący wiatrem prezent ;).
Samą Adę znacie z bloga http://krakow-i-okolice.blogspot.com/ , jeśli Kraków i jego cienie są Wam bliskie, bo takiego przewodnika ze świecą szukać. Tu spacer nocą ma zdwojony smak, duch Witkacego przemyka klasztornym krużgankiem, a szkiełka witraży przepuszczają promienie słońca... A jeśli nie znacie, na pewno po pierwszych przeczytanych linijkach zostaniecie na dłużej, bo przez swoją poetyckość, malarskość i niesamowitą wiedzę, którą są przesycone, zapadają na długo w pamięć ...i w serce...
Ciasteczka upieczecie sobie sami, ale jeżeli na jesienne wieczory zechcecie sprawić sobie takie cudeńka, dopieszczone w każdym szczególe, możecie je znaleźć tu
Mój wianek powieszony na belce z anielskimi skrzydłami pachnie ilekroć przechodzę obok ...
A na koniec kilka mrożących krew w żyłach ujęć z dzisiaj :)



środa, 24 października 2012

Płacząca kobieta


    Nie lubię cmentarzy. Zwłaszcza tych miast umarłych, gdzie tłum nieprzebrany i tysiące zniczy. I gdzie każdy dostał lokum przydzielone, nie wedle upodobań, wedle wolnych kwater, przyjaciel przy wrogu, znajomy przy nieznajomym...
Lubię jeden. Przykościelny. Z jednym epitafium I jednym nagrobkiem. Płaczącej kobiety.
Z boku oparty anioł. Z ułamanym skrzydłem i bez twarzy.
Tylko jej twarz zasłonięta dłonią i przepleciona bluszczem.  
Tu nikt nie kładzie kwiatów. I  nie zapala świeczki. Zazwyczaj...





Ten piękny klasycystyczny pomnik szkoły Schadowa został postawiony ku pamięci Krystyny Heleny Tugendreich von Gersdorf (żony starosty i radcy powiatu zgorzeleckiego Ernesta Bogumiła Kiesenwettera z Wykrot ) zmarłej 17 czerwca 1796 roku. A inskrypcja "Sie ist in Ruhe - Wir sind in Thränen znaczy "ona spoczywa w pokoju, my pozostaliśmy we łzach..."

Pomnik we wsi Wykroty, tej samej, gdzie o krzyżu pokutnym pisałam tu...



sobota, 20 października 2012

Nić Arachne

Patrząc na te cuda śmiało można uwierzyć w grecki mit, a w pajęczej tkaczce ujrzeć Arachne przed pojedynkiem z Ateną :)



 tak, ta sama analogowo była tu





czwartek, 18 października 2012

Ave Kaiser ! ! !


    Malownicza wieś za Bolesławcem - Stare Jaroszowice.
I piękny ewangelicki kościół na wzgórzu.
Z przybocznym cmentarzem z 1855 roku, nieczynnym już i całym porośniętym bluszczem, a jednak ktoś gdzie niegdzie pamięta i zostawia kwiaty wśród nagrobków co stoją i tych, co już leżą powalone snem wiecznym...
Żeby tam dojść trzeba wspiąć się na pagórek krocząc ścieżką, u boku której stoi rosły dąb. Zasadzony przed przeszło dwustu laty, jak głosi napis na zniszczonym obelisku, ku chwale cesarzowi Wilhelmowi I. Rozłożysty, dorodny. Pomnik minionych lat sławy.
W stanie dużo lepszym niż neogotycki kościół, który uroczyście otwarty 18.X.1844 r. z daleka wygląda okazale i nadal wita łacińskim napisem królowi pruskiemu Fryderykowi Wilhelmowi IV poświęconym "Templum in Dei trinnius honorem Friderio Guglielmi IV Borussiae regis, munificentia huiusque ecclesiae evangelicae sumtibus anno MDCCCXLIV".
Mury świątyni z piaskowca pamiętające poranne i wieczorne modły, trwają jak echo dawnej świetności. Ze środka nie zostało nic. Zamiast ołtarzy nagość, rzędy okien, między którymi hula wiatr. Kolumny dźwigające powałę z trudem zmagające się z widmem nieuchronnej klęski. Zamiast wiernych krzaki bzu. Mają widok na niebo i gwiazdy, bo dach też już się niemal cały zapadł.
I mam wrażenie, że gdyby nie zamieszkany dom obok, kamień na kamieniu już by tu nie stał....




Ocalmy od zapomnienia....










poniedziałek, 15 października 2012

Całkowita prywata

Dziś post całkowicie sprywatyzowany ( i mam nadzieję, że mi tą prywatę wybaczycie :).
Chciałam zachęcić do wzięcia udziału w głosowaniu na interpretację hasła "Sztukateria jest kobietą"


na zdjęcia, które się zakwalifikowały: moje (powyżej) lub inne (niektóre naprawdę świetne ;)
szanse na wygranie lustrzanki mizerne, ale zabawa to zabawa - ilu uczestników tyle interpretacji :).

Glosować można klikając w poniższy link przez dwa tygodnie oddając codziennie 1 głos.
http://www.akademiasztukaterii.pl/pl/sztukateria_jest_kobieta/glosowanie/?id=62#zdjecia

A może Wasze zdjęcia też tam są :)?

czwartek, 11 października 2012

Siła kompromisu...

    Siedząc służbowo u notariusza rozbawiła mnie rozmowa dwóch mężczyzn.
Jeden pytał, jak tam budowa domu. Na co drugi, wcale nie radośnie, a nawet wielce markotnie, odpowiedział że nic nie robią, wszystkie plany leżą odłogiem i w ogóle żałuje, że kupili działkę... bo nagle okazało się, że powinni z żoną dwa domy obok siebie zbudować. Każdy w innym stylu...
Nie spytałam, czy działka jest na tyle duża, żeby dla spokoju sumienia i małżeństwa dwa obok siebie postawić, a miałam wielka ochotę zapytać, oj, wielką ;)
A mogli tego uniknąć kupując stary dom do remontu, taki z przeszłością, historią, duszą.... O choćby taki jak ten, który czasem mijam. W moim mieście. Z lekko uszkodzonym dachem. Obrośnięty winoroślą jak zielona suknią. Z płotem. I starą skrzynką na listy. Z mchem wspomnień starych murów....I ogrodem....
Podoba mi się tak, że chyba w tym jednym przypadku




albo dla tego w Görlitz




 

dałabym się namówić na pakt z bankiem...chyba....

wtorek, 9 października 2012

Siedziba Mima...


    Siedziba Mima ubarwia ulicę.
Broniący jej żelaźni rycerze dominują nad przechodniami, łagodnie przepuszczając ich obok.
Najbardziej francuska ambasada w mieście. Villa Ambasada.
Kolejne dziecko Mima, który przeszło dekadę podróżował u boku Marcela Marceau.
Na najbardziej francuskiej ulicy miasta - Komuny Paryskiej.
Zaprasza wszystkich, ale na czwartkowe obiady niczym Stanisław August Poniatowski zwabia głównie francuskich postemigrantów.  
Na kameralne śpiewanie i zorganizowany koncert. Na lampkę wina w kolorze burgunda. Na Burgunda w kolorze wina.
Na pierwszą butelkę Beaujolais nouveau wczesną jesienią pomiędzy kęsem bagietki i miękkiej pleśni camemberta...  I na sen. 
W jej murach bulgotały garnki Makłowicza i bywała modelka samego Picassa ;).
Piwnica Paryska rozbrzmiewa francuską piosenką, klimatem przyciąga artystyczne dusze i związuje na długo niewidzialnymi okowami potrzeby piękna, radości, teatru, ułudy...innego świata...  
Popołudniami podwórko jak w paryskich kafejkach zaludnia się butelkami lemoniady.
Dziesiątki oleandrów wygrzewają się na słońcu. Na kamiennych schodach, w terakotowych donicach, jak koty wyciągające pyski ku gorącym promieniom.









 







Siedziba Mima - kwatera główna Glinoludów...