wtorek, 26 marca 2013

Ale jaja - tropem wielkanocnego zająca...



    Miało nie być już nic do Świąt (poza życzeniami oczywiście ;). Ale trafił się nieplanowany wyjazd na chwilkę w ramach przerwy w pracy, więc będąc tak blisko, musiałam się skusić na ekspresowy spacerek w śnieżnej aurze zbliżających się najbielszych w tym roku świąt, oglądanie wystaw moich ulubionych sklepów i detali architektonicznych jednego z ukochanych miast.

 






 

A potem było już jak w filmie. Podfrunęła do mnie staro wyglądająca, lekko nadpalona kartka, podniosłam ją i za rogiem zobaczyłam ich znacznie więcej, a potem mój wzrok ujrzał to


i przeniosłam się w czasie ;).
Pamiętacie jak ubiegł mnie Tarantino? Więc plotka plotką, ale ziarno prawdy zasiane.
Otóż nie Tarantino a Wes Anderson jak podaje Gazeta Wrocławska (przeczytałam po powrocie ;), kręci "The Grand Budapest Hotel". Ponoć wśród ekipy aktorskiej są Ralph Fiennes, Edward Norton, Jeff Goldblum, Willem Dafoe, Tilda Swinton, Jude Law, Bill Murray i Owen Wilson. To by tłumaczyło srebrne wozy kempingowe i wielkie samochody z napisem "catering dla gwiazd" - tych ostatnich było znacznie więcej ;). Pewnie też mieli porę lunchu ;).




Szczerze to nawet jeśli natknę się na którąś ze sław, to i tak nie będę wiedziała kto zacz ( chyba że przedstawi się i cudem będę wiedziała kto to albo będzie miał wielką tekturę z nazwiskiem, które po powrocie wrzucę w wyszukiwarkę :), ale takich dwóch sympatycznych mnie pozdrawiało, więc może ktoś z Was na tym zdjęciu ich rozpozna ;).

O filmowanym w Goerlitz "Lektorze" i "Bękartach wojny" wspominałam tu, ale chyba pominęłam "80 dni dookoła świata" z Jackiem Chanem - jego bym chyba z nikim nie pomyliła ;), chyba... :).

A jakbyście chcieli jednak spotkać ekipę, podobno stołują się po polskiej stronie tu, o czym mają zaświadczać pozostawione autografy  ;)



poniedziałek, 18 marca 2013

Sabaudzka perełka


  Wiem, że już tam Was zabierałam, ale zimą najbardziej chciałabym być właśnie tam :).
Alpejska Wenecja. Historyczny rejon Sabaudii brzmiący Savoie. Największe własne jezioro Francji. Jedne z najczystszych w Europie. Czule otoczone masywami Bornes i Bauges, pod czujnym okiem Mont Blanc. Umocnione warownymi zamkami, średniowiecznymi miastami i alejami platanów. Z wodą przejrzystą niczym kryształ. 
I historią sięgającą epoki lodowcowej. 
Cud stworzony przez lodowiec 18.000 lat temu ;).




Wielbiciele Paula Cézanne'a pewnie skojarzą je na jednym z płócien. Jednak nie ma to, jak zobaczyć na własne oczy ;).
Może uda się kiedyś wrócić ze zdjęciami jakości cyfrowej ;).


środa, 13 marca 2013

Czy puszką da się zrobić zdjęcie?

  
    Tak, tak, do zrobienia oryginalnej fotografii nie trzeba specjalnego sprzętu, ba, nawet nie trzeba aparatu. Brzmi niewiarygodnie? Bynajmniej. Pewnie latając z puszką albo wiadrem wygląda się jak niespełna rozumu (co czasem niewiele odbiega od prawdy ;), ale frajda niesamowita ;). Potem tylko ciemnia: kuwety (najlepiej te nie użytkowane przez kota ;), wywoływacz, woda, utrwalacz, woda, klamerka i gotowe. Tak otrzymujemy nasz negatyw. Potem jeszcze raz zgaszone światło (uwaga: nie wystarczy przemalowanie żarówki na ciemny kolor), przyłożenie naszego negatywu błyszczącą stroną do błyszczącej strony kolejnego arkusza fotograficznego papieru, błysk z góry i ponowny cykl po kuwetach.
Oczywiście puszka nie do końca pusta (ale wolna od wszelkich cieczy, z alkoholem włącznie), z przebitą dziurką (to nasz obiektyw, choć nie wielkości standardowego obiektywu ;) i kartką papieru fotograficznego w środku.
To zmienia spojrzenie na każdą napotkaną na swej drodze puszkę ;). A co dopiero jeśli napotkamy wiadro ;).
Nie będę przekonywać, że jakość tych zdjęć powala na kolana, choć widziałam całkiem udane ( mnie się takich zrobić nie udało ;).
Jak jeszcze nazwiemy nasz sprzęt nie po prostu "puszka" a "camera obscura", artyzm murowany ;).
Żeby nie robić reklamy wyłącznie puszkom, takich niemal stulatków też miło było poznać ;), nie dość, że całkiem sprawni, chętni do współpracy, to i jacy efektywni. Rezultaty obcowania z nimi lepsze niż pierwsze puszkowe doświadczenia ;).





A więc, jeśli brakuje Wam tak jak mi jeszcze trochę do nowego aparatu, natomiast nie brak Wam fantazji, jakieś ciekawe pudło pełniące podobne funkcje na pewno znajdziecie.
Potem luksografia to już prawdziwy de luxe ;).

Z przyczyn obiektywnych będzie mnie tu teraz nieco mniej, ale zostawiam pełne archiwum, niemal 150 postów, więc jeśli macie ochotę na wirtualny Egipt, Tunezję, Chorwację i mnóstwo Dolnego Śląska, wystarczy kliknąć tematycznie w etykietki na prawym bocznym pasku ;).

czwartek, 7 marca 2013

Powiew mistrala...o zapachu crèmu brûlée


  Wiatr niczym prowansalski mistral huczy w kuchennym kominie. Zapowiedź wiosny, zapach przednówka rozwiał się przy jego zimnym podmuchu. Nie mam kominka.
Ale gdybym miała taki, jak podczas naszego ostatniego pobytu we Francji, też by mnie nie ogrzał ;).
Drugie piętro starej kamienicy, kwieciste tapety, lamperie i chłód. Mimo kominka w każdym pokoju... Każdy kominek zamknięty kutą furtką na trzy spusty...
Prowansja po sezonie nie jest tak gorąca jak nasze wyobrażenia o niej :).
A Pirenejom Orientalnym zdarza się śnieg. Nieoczekiwanie... Jak wtedy, gdy nasz szef wyszedł zadzwonić do telefonicznej budki (pewnie pozamałżeńska randka - jak to typowy Francuz...) i już z niej nie wyszedł... nagły śnieg zasypał budkę na niemal 2/3 wysokości;). Całe szczęście, że wystarczyło funduszy na telefon do przyjaciela i nie utknął w niej na całą noc ;). Choć może miałby nauczkę....
A dziś do nadal leżącego śniegu nieco złocistej poświaty, której tak brakuje zimowym dniom, zapach przydymionego karmelu i śmietankowy smak pod chrupiącą skorupką... crème brûlée - dokładnie taki, jaki nam robił Louis i jego aromat wydostawał się na ulicę wabiąc kolejnych łakomczuchów, tak ładnie z francuska zwanych "gourmand"...




Przepis na crème brûlée:
6 żółtek
laska wanilii lub łyżeczka esencji waniliowej 
250 ml mleka
250 ml śmietanki 36%
ok. 60 cukru pudru
ok. 60 g cukru typu kryształ, najlepiej brązowego  


Mleko wraz ze śmietanką oraz wanilią (jeśli wrzucamy laskę w całości, trzeba ją naciąć, aby uwolnić nasionka ;), zagotować na małym ogniu cały czas mieszając, po doprowadzeniu do wrzenia odstawić na 10-15 minut.
W tym czasie w drugim naczyniu żółtka lekko ubić z cukrem (najlepiej ręcznie trzepaczką, nie ma być piany). Do żółtek należy powoli wlewać zagotowane mleko ze śmietanką, energicznie mieszając, aby nie było grudek. Powstałą emulsję przelać przez sito, aby konsystencja była jednolita (jeśli wrzuciliśmy laskę wanilii - pływające nasionka będą jak najbardziej mile widziane, nie wyławiamy ich ;).  
Uzyskany krem wlać do żaroodpornych miseczek, miseczki umieścić w kąpieli wodnej (przypis dla laików - wstawić do naczynia i wlać gorącą wodę do połowy wysokości miseczek), po czym wstawić do nagrzanego do 100C piekarnika na ok. 45 minut.
Po ostudzeniu włożyć na kilka godzin do lodówki.
Na krótko przed podaniem, wyjąć z chłodu, posypać warstwą grubego cukru i potraktować ogniem w celu karmelizacji ;).
Do skarmelizowania cukru nasz szef kuchni używał specjalnego żeliwnego pręta zakończonego okrągłym płaskim wieczkiem wielkości miseczek, który wkładał na trochę do ognia, w domowych warunkach można do tego użyć palnik, rozżarzony pręt lub opcji grill w piekarniku (przy tej ostatniej najlepiej wstawić miseczkę do kąpieli wodnej na 1-2 minuty i nie zamykać drzwiczek piekarnika). Cukier przy karmelizacji powinien syczeć, a skorupka być mocno brązowa i nieco przezroczysta. 
Mój na zdjęciu jeszcze tej chrupiącej warstwy nie ma ;).
Podawać koniecznie tuż po skarmelizowaniu cukru, gdy wierzchnia warstwa jeszcze się żarzy ;) lub wstawić na chwilę do lodówki, jeśli ma być wersją chłodzącą latem.