
W sobotę rządziły Glinoludy. Białe miasteczko rozbite nad stawem powiewało sztandarami już od wczesnych godzin porannych aż do późnego wieczora.
Szaro-biała masa lała się, skapywała z pędzli, pryskała z dozowników, dopasowując się do powlekanych kształtów.
I schła, przemieniając się w drugą skórę.
Białe postacie, jak wyjęte z powieści fantasy, przechadzały się po rynku, skwerach,...